Trzęsienia ziemi w świecie i w nas
Przyznam, że od jakiegoś czasu nieszczególnie wytrwale śledzę wiadomości, wychodząc z założenia, że to, co serwują nam media to i tak w większości niewiele znacząca papka. Wychodzę też z założenia, że jak coś jest ważne to i tak prędzej czy później dotrze do mnie informacja. Tak właśnie było z wieściami na temat trzęsienia ziemi na Haiti. Ale właściwie to nie o moich zwyczajach chciałam napisać, a o pewnej idei, która przy tej okazji do mnie powróciła.
Idea jest prosta, acz konsekwencje niesie dalekie: my i świat to jedno. W jakimś sensie i na jakimś poziomie, oczywiście. W pracy z procesem rozróżnia się kilka sposobów ujawniania się informacji (procesu), mówimy o kanałach prostych: słuchowym, wzrokowym, propriocepcji i ruchu. Istnieją też dwa szczególne kanały złożone: relacji i świata. Chciałabym skupić się na tym ostatnim, nie wchodząc (na razie) jakoś specjalnie w teorię dotyczącą samych kanałów i sygnałów przez nie przepływających.
Uwzględnienie w pracy kanału świata, czyli tego, co dzieje się (na pozór) poza nami, a przynajmniej poza naszym fizycznym obrębem jest właśnie uznaniem, że jesteśmy połączeni z innymi ludźmi, z innymi miejscami, że wszystko wpływa na siebie wzajemnie. Często jest to wpływ wykraczający poza nasze codzienne przyczynowo-skutkowe rozumowanie (zresztą sama praca z procesem mocno poza nie wychodzi). Najprostszy książkowy przykład: ktoś czuje wewnętrzne poruszenie, na przykład czuje, że coś w nim „krzyczy złowrogo”, opowiada o tym komuś i w tym momencie za oknem podrywają się kraczące wrony… Osoba ta zwraca na to uwagę i ma poczucie, że w jakimś sensie te wrony pasują, coś opisują, oddają. Może też nie zwrócić uwagi, ale jeśli rozmawia z procesowcem, to ten nie przepuści takiego sygnału
Innymi słowy, to co dzieje się w świecie niesie coś dla nas. Związek jest jednak dwustronny, to co dzieje się w nas, niesie też coś dla świata. To, co jest „tam” jest też „tu”. Albo jak mówi doktor Hew Len „nie ma żadnego >tam< „.
Arnold Mindell napisał niedawno:
„Każdy ma swój własny sposób pomagania w trudnych czasach, takich jak trzęsienie ziemi na Haiti. Modlitwa. Przesłanie jedzenia, ubrań, pieniędzy i miłości. Praca nad traumą. Duże procesy grupowe na ten temat. Pamiętanie, że kłopoty są nie tylko tam, ale też „tutaj”, że wszyscy jesteśmy kruchymi istotami. I w takim czy innym czasie… każdy z nas może być „trzęsieniem ziemi”. Świadomość tego wszystkiego może pomóc.”
Kataklizm jakim jest trzęsienie ziemi ma dwie strony. Jedna to ofiary, śmiertelne i ci, co przeżyli, ale nie mają dachu nad głową, pożywienia i stoją przed widmem chorób. Tragedia, która porusza nas, czasem skłaniając do przemyśleń na przykład na temat kruchości ludzkiego życia. Druga to samo trzęsienie ziemi, ogromna siła natury, niszczycielska i potężna. W każdym z nas jest zarówno jedna jak i druga część. Najczęściej jest tak, że współczujemy ofiarom, a trzęsienie ziemi uważamy za coś negatywnego. Utożsamiamy się w jakimś sensie z poszkodowanymi ludźmi, łącząc się w jakimś sensie z ich cierpieniem. Żywioł natury traktujemy zaś jako nieokiełznaną, ogromną siłę z zewnątrz. Praca z procesem uczy, że taki rodzaj energii, jaki marginalizujemy (nie akceptujemy w sobie, nie jesteśmy go w sobie świadomi), lubi żyć własnym życiem, czyli po prostu wymykać się spod kontroli. Dla mnie osobiście ciekawe jest na przykład to, jak energia trzęsienia ziemi przejawia się w moim życiu i jakie jest jej znaczenie. Jak mogę z niej bardziej świadomie skorzystać? W życiu każdego z nas pojawia się czas „trzęsienia”, coś zostaje zniszczone lub poruszone, wydaje mi się, że dobrze jest nie odrzucać takich sytuacji jako złych (choć naturalne jest, że powodują one dyskomfort i pragniemy powrotu do równowagi) tylko przyjrzeć im się z uwagą. Co się chce zmienić? Jaką informację niesie ta sytuacja i ta mocna energia?
Z innej strony, odnosząc się do tego, co pisze Mindell – każdy z nas niesie w sobie „trzęsienie ziemi”, a w konsekwencji może przyczyniać się do cierpienia i zniszczenia. Pytanie na ile jesteśmy tego świadomi, na ile taką siłę należy okiełznać, a na ile świadomie z niej korzystać? W końcu trzęsienie ziemi jest naturalnym procesem zachodzącym na kuli ziemskiej, tak samo naturalna jest nasza moc. Możemy nią jednak świadomie kierować, ale by to się stało, trzeba najpierw zdać sobie z niej sprawę i objąć ją jako coś swojego. W innym przypadku, będzie się wymykać naszym intencjom i przejawiać w najmniej oczekiwanych momentach.
Proponuję takie oto ćwiczenie procesowe:
Pomyśl o trzęsieniu ziemi. Wyobraź je sobie, poczuj jego energię. Spróbuj wyrazić tę energię ruchem i rozwinąć ten ruch. Podążaj za swoim ruchem, daj mu się swobodnie przejawiać, nie wymuszając żadnej formy. Poczuj sedno tej energii.
Pomyśl teraz w jaki sposób możesz w świadomy sposób skorzystać z niej w swoim życiu, gdzie może się przydać.
Jeśli z jakiegoś powodu nie chcesz/nie możesz pracować ruchem, spróbuj tę energię wyobrazić sobie wizualnie i stać się nią w wyobraźni lub narysować ją jako jakiś obiekt lub postać. Niech zacznie żyć swoim życiem.
Pomyśl teraz o Twoich osobistych trzęsieniach ziemi. Jak w świetle tego, co odkryłeś teraz wyglądają? Jaki przekaz mogą dla Ciebie nieść?
Ja odkryłam moje trzęsienie ziemi, jednak częściowo leży ono za progiem – czyli nie utożsamiam się z nim do końca. Poznałam i poczułam tę energię w sobie, wiem, że tam jest, ale nie potrafię jej jeszcze do końca świadomie wnieść w codzienność. Zazwyczaj postrzegam siebie jako łagodną falę, więc jak mam nagle stać się trzęsieniem ziemi
Cóż, pozostaje objąć i pokochać tę trzęsącą, rozrywającą starą skorupę, sprawiającą ból, ale otwierającą pulsujące ogniem żywe wnętrze Ziemi, energię. I tyle
A co niesie Wasze trzęsienie Ziemi?
Potrzebujesz inspiracji? Daj się się zainspirować dzienną porcją ciekawych myśli wprost do Twojej skrzynki.





Piękny tekst. Ja ciągle czuję się jak niewygasły wulkan
Chyba rzeczywiście zacznę inaczej myśleć o tej energii. Bardzo mi się podoba to, co przeczytałam, dziękuję.
Nie wiem, czy dobrym pomysłem jest promowanie myśli psychologii procesu posługując się katastrofą na Haiti. Trochę to niesmaczne, jednak to tylko moje zdanie.
Emocjonalnie przeżywam „trzęsienie ziemi” za każdym razem, gdy zostaje zburzony mój obecny świat, we mnie i wokół mnie. Z natury jestem niespokojną wodą poszukującą naczynia do wypełnienia. Niemal każde trzęsienie niesie za sobą jakieś zniszczenia, ubytki, cierpienia, utratę gruntu i kierunku drogi. Następnie zaczyna się przygoda rozbitka, włóczęgi.
Odpowiedzialność za obecną sytuację na Haiti spoczywa na państwach sąsiadujących.
Joanno,
przerwa w pisaniu;-(?
oczekując na Twój kolejny ciekawy tekst i poruszenie którejś z wewnętrznych strun,
Pozdrowienia serdeczne!! Tęsknimy:-)
Cóż, mam nadzieję wkrótce przerwać przerwę…dzięki za przypomnienie
@Integralny: wiesz, dla mnie ten tekst to o wiele więcej niż promocja jakiegoś nurtu psychologicznego. Mnie ten nurt właśnie nauczył, że to, co się wydarza możemy traktować z różnych perspektyw, a żadna nie umniejsza innej. Dla mnie praca na poziomie indywidualnym, osobistym, nie zaprzecza tragedii na poziomie globalnym. Jest to jakaś odpowiedź na to, co się wydarza na świecie i próba transformacji tej energii. Zajęłam się tym tematem nie po to, by przykuć uwagę do POPu, dzięki „nośnemu” aspektowi tragedii, ale by pokazać jak w zupełnie inny sposób (co nie znaczy, że koniecznie lepszy albo wykluczający inne) można pracować z czymś, co się wydaje mimo wszystko odległe (bo oglądane na ekranie TV czy komputera). Jestem zaskoczona, że zobaczyłeś w tym tylko promocję pracy z procesem. Mnie ta tragedia poruszyła i taki był mój sposób odniesienia się do niej. A, że moje sposoby mocno opierają się na myśli procesowej…