Miłość i wolność
Wróciłam. Pierwsza tura egzaminów zdana, wena twórcza też powoli powraca, a dziś Walentynki. O Walentynkach i moim stosunku do nich pisałam dokładnie rok temu, moje przekonania specjalnie się nie zmieniły. Za to myślałam ostatnio o tym co kto nazywa miłością. Co prawda o tym, też już tu było, ale mam wrażenie, że ten temat trudno wyczerpać.
We wczorajszej inspiracji zamieściłam cytat Ericha Fromma:
„Miłość zaczyna się rozwijać dopiero wówczas, gdy kochamy tych, którzy nie mogą się nam na nic przydać.”
Na pierwszy rzut oka jest to oczywiste, prawda? Przecież nie kochamy ludzi, bo nam się przydają, tylko dlatego, że… no właśnie, co takiego powoduje stwierdzenie, że kogoś kochamy? Czy przypadkiem nie jest tak, że czyjąś „przydatność” mylimy z miłością?
Mówiąc „przydatność” nie mam na myśli żadnych dóbr materialnych, czy wykorzystywania drugiej osoby w jakichś celach praktycznych. Chodzi mi raczej o to, co ludziom daje obecność „ukochanej” osoby. Czują się bezpieczni. Czują się kochani. Czują się akceptowani. Nie czują się samotni. Czyż nie jest to przydatne? Czy nie jest tak, że to, co najczęściej nazywamy miłością jest jedynie wymianą pewnych „psychologicznych usług”?
Zdaję sobie sprawę, że bierze to się z niezaspokojonej, ogromnej, palącej potrzeby bezwarunkowej akceptacji, której mało kto kiedykolwiek doświadczył. Problem polega jednak na tym, że błędnie nauczyliśmy się, że odpowiedzią na tę potrzebę jest druga osoba. A jest tylko jeden człowiek, który może tę potrzebę prawdziwie zaspokoić. Ten, który ją posiada. Ten, który tak strasznie umiera z miłości, gdy odejdzie partner, tak naprawdę sam sobie tej miłości nie daje.
Po to, by czuć się bezpieczni, musimy sami sobie zapewnić to poczucie. Po to, by nie czuć się samotnymi, musimy zaakceptować siebie, własną obecność, własne ułomności, cieszyć się tym, co mamy. Po to, by odczuwać miłość, sami musimy się nią przepełnić, bo to nie jest nic co trzeba zdobyć. To raczej trzeba odgrzebać, odkopać w sobie.
Pięknie odpisał na wspomniany cytat jeden z czytelników: Powinni już w szkołach dzieci tego uczyć, może wtedy utrzymało by się więcej związków i ludzie byli by szczęśliwsi
W przedszkolach, w szkołach, w domach. Powinniśmy uczyć nasze dzieci, że miłość to dawanie wolności drugiej osobie, a podstawa miłości leży w nas samych. Że „cierpienie niesie tylko taka miłość, która się czegoś domaga”, jak pisze Leo Buscaglia. Zamiast tego cała kultura popularna, filmy, romanse, teksty piosenek przesycone są zwrotami w rodzaju „umrę jak mnie zostawisz”, „bez ciebie nie mogę żyć”, itd. Wzorzec kulturowy mówi, że trzeba kogoś „mieć”, aby być szczęśliwym. MIEĆ! czy to nie absurdalne? Jak można kogokolwiek posiadać? Jak można „posiadać” miłość, jeśli „wolność to inne określenie miłości”, jak z kolei pisze de Mello.
Nie mam dziś napędu, by pisać długi tekst. Mądrzejsi ode mnie napisali na ten temat sporo. Mistrzem w tej materii jest dla mnie Antony de Mello, którego polecam wszystkim, którzy mają serce złamane z powodu rozstania czy tzw. nieszczęśliwej miłości. Pozwolę sobie zacytować dwa fragmenty:
„Najważniejszą cechą miłości jest wolność. Z chwilą gdy pojawia się przymus, kontrola albo konflikt, miłość
umiera. Zauważ, jak kwiat róży, drzewo i lampa pozostawiają ci całkowitą wolność. Drzewo nie będzie cię zmuszać, byś skorzystał z jego cienia, jeśli będzie ci groził udar słoneczny. Lampa nie będzie na siłę oświetlała ci drogi, byś się nie potknął w ciemnościach. Pomyśl na chwilę o tych wszystkich przymusach i kontrolach ze strony innych ludzi, którym poddajesz się, kiedy tak lękliwie żyjesz zgodnie z ich oczekiwaniami, by kupić ich miłość albo zyskać ich aprobatę, albo po prostu z obawy przed ich utratą.”
„Serce pełne miłości pozostaje miękkie i wrażliwe. Gdy zaś bywasz piekielnie zaangażowany w zdobycie czegoś, stajesz się okrutny, twardy, niewrażliwy. Jakże możesz kochać ludzi, jeśli potrzebujesz ich do własnych celów? Możesz ich tylko wykorzystywać i używać. Jeśli jesteś mi niezbędny, abym czuł się szczęśliwy, muszę ciebie użyć, manipulować tobą; muszę znaleźć sposoby i środki, aby cię zatrzymać. Nie mogę ci pozwolić, abyś był wolny. Tak naprawdę mogę kochać ludzi tylko wtedy, gdy oczyściłem z nich swoje życie. Kiedy umrę dla swej potrzeby ludzi, stanę na pustyni. Na początku będzie to okropne: poczujesz się opuszczony; jeśli jednak wytrzymasz choć przez chwilę, nagle odkryjesz, że to wcale nie jest opuszczenie. To jest samotność, osamotnienie, ale pamiętaj, pustynia też zakwita. I wówczas w końcu poznasz, czym jest miłość, czym jest Bóg, czym jest rzeczywistość. Ale początkowo odstawienie narkotyku jest ciężkie – szczególnie jeśli nie możesz liczyć na bardzo głębokie i przenikliwe rozumienie albo dostateczne cierpienie. To wielka rzecz, jeśli się cierpiało. Tylko wtedy masz naprawdę dość dotychczasowego życia. Możesz wykorzystać cierpienie do tego, by położyć mu kres.”
Może to się okazać długą drogą. Ale warto wiedzieć dokąd zmierzać, by cierpieć coraz mniej, a coraz więcej kochać prawdziwą, wolną miłością. Każdego, a siebie przede wszystkim.
Udanych Walentynek ![]()
Potrzebujesz inspiracji? Daj się się zainspirować dzienną porcją ciekawych myśli wprost do Twojej skrzynki.





Widziałem wielu „usychających z miłości”. Nie bardzo miałem pomysł skąd to się bierze i jak temu zaradzić.
Cytat Ericha Fromma oraz pierwszy Antonego de Mello dają pewne wskazówki.
Wartościowy post dla tych wszystkich, którzy sobie z miłością nie radzą
Pozdrawiam serdecznie,
Orest
Z Miłością nie można sobie nie radzić.Z nią byłbym szczęśliwy.Rzuciła mnie,i zmarnowała mi życie.Czy to ma cokolwiek wspólnego z miłością? Dwa cytaty Barbary De Angelis.”Miłość nie wchodzi do twojego życia z zewnątrz.Miłość wychodzi z wnętrza na zewnątrz”. „Miłość nie jest czymś,co dostajemy od kogoś-jest stanem,w którym albo się znadujemy,albo nie”.O Miłości można by pisać bez końca,więc zamiast pisać po prostu ją okazujmy.Pozdrawiam.
Na blogu „Enlightened Living” pojawił się ciekawy post na temat naszej potrzeby miłości: „Primal Wiring, Survival and the Need to Be Loved”. Autor wyjaśnia, że w społecznościach pierwotnych potrzeba należenia do grupy wynikała z niezbędnej strategii przetrwania, i została głęboko wpisana w nasz instynkt.
Współcześnie poprzez ten instynkt postrzegamy siebie i partnera (ale także np. przyjaciela, współpracownika) jako taką małą grupę, a odtrącenie traktujemy odruchowo jako zagrożenie dla naszego przetrwania. To wyjaśnienie pozwala lepiej i bardziej „racjonalnie” rozumieć głęboki ból, jaki zwykle wiąże się z odrzuceniem.
Może dzięki zrozumieniu nieadekwatności tej instynktownej reakcji do okoliczności (bo dziś rozstanie, czyli wykluczenie z grupy, nie naraża nas na samotną tułaczkę po groźnej puszczy z realnym narażeniem życia) będzie łatwiej radzić sobie z odrzuceniem? (Trochę tak, jak dzięki znajomości mechanizmu „czegoś jest mało = coś jest bardziej wartościowe” łatwiej rozpoznać i opanować instynktowne reakcje na reklamy typu „ostatnie dni, ostatnie sztuki”.)
Bogdan: „Z nią byłbym szczęśliwy.Rzuciła mnie,i zmarnowała mi życie.” – i to są właśnie złudzenia, które powodują,że skazujemy się na cierpienie. Nikt nie może ci zmarnować życia, bo to Twoje życie i Ty je kreujesz. Podobnie ze szczęściem.Sam je tworzysz.
Szymon: dzięki za przypomnienie o blogu „Englightened living”, dawno tam nie zaglądałam. To, co piszesz brzmi ciekawie.
Ja się zawsze broniłam przed miłością. Nawet do samej siebie. Uważałam, że to czyni człowieka słabym zwitkiem niepotrzebnych uczuć. Oczywiście i mnie musiało trafić. Pokochałam drugą osobę, a z czasem i siebie samą. Czy to właśnie nie jest miłość? Możliwość otwarcia się na nowe uczucia w stosunku do siebie. Bo gdy znajdziemy najważniejsze z uczuć w naszym sercu/umyśle/duszy, to stajemy się istotą, która może pojąć kim jest tak naprawdę drugi człowiek i co można z niego zaczerpnąć i co można mu podarować.
Dodam, iż pierwszy raz w moim krótkim 22letnim życiu spędzałam walentynki z płcią przeciwną :> i powiem szczerze, że żal po spędzaniu ich każdego roku samotnie minął bezpowrotnie. Ujrzałam pewien banał. O wiele bardziej komfortowo czuję się z ukochaną osobą w „zwykły” dzień, bo nie czuję tego czegoś w powietrzu co nakazuje mi się kochać
Witam cię Asiu i wszystkich uczestników dyskusji
którym powoli się staję 
Fromma przeczytałem bodajże w 2 klasie szkoły średniej po ciężkim rozstaniu z pierwsza miłością, Demello przyszedł parę miesięcy później. Gdybym przeczytał ten post kilka lat temu, gdy związek, który wydawał mi się tym jedynym na świecie, po wielu latach perypetii, traum i rozstań, uznałbym to za gadanie, które i tak nie ma nic wspólnego z tym co człowiek czuje gdy wszystko się sypie.
Rozstanie, które zdawało mi się końcem świata, stało się najbardziej inspirującym mnie do rozwoju zdarzeniem mojego życia. Pozwoliło mi wszystko przemyśleć a przede wszystkim doświadczyć, że wstępem do naprawdę udanego związku jest sytuacja, w której człowiek po prostu czuje się dobrze sam ze sobą w swojej wewnętrznej przestrzeni. To co Asia napisała w swoim artykule stało się częścią mojego doświadczenia, nie tylko myślenia o tym i doceniam głęboka mądrość, którą ujawniają te słowa. Droga do tego zrozumienia i przemiany była jednak trudna, usiana emocjonalnymi grami w nonsens. Stała się jednak najważniejszym fundamentem dla życiowego odrodzenia.
Cóż… wystąpię w roli starzejącego się zgreda
Gdybym przeczytał ten post kilkanaście lat temu, gdy byłem w związku i cieszyłem się tym cudownym doświadczeniem bez wahania przytaknąłbym i Asi i Frommowi i Demello. Asi wówczas nie znałem, bo nie było jeszcze netu i bloga
Ale cóż… życie bywa przewrotne
Szymonie
Wybacz mój sarkazm w stosunku do szacownego grona ekspertów od prawdy (w tym przypadku psychologów ewolucyjnych)
Można na to tak patrzeć i być może stanowi to jeden z elementów ewolucyjnego rozwoju, ale metafizyką zdaje się być twierdzenie, że tak JEST, a to zasadnicza różnica
Jeśli autor cytowanego artykułu chociaż pokusiłby się o hipotezę, że odtrącenie traktujemy jako zagrożenie przetrwania pewnej części nas samych (z którą się utożsamiamy w wyniku takich czy innych procesów ewolucyjnych) to można by brać to poważnie). Wprowadzę chyba nowy termin
„metafizyka racjonalizmu”
w tym co przytoczyłeś jest pewnie sporo prawdy, ale czy cała prawda? Prawdy psychologii ewolucyjnej coraz częściej porażają mnie swoją naiwnością, jawią się niczym prawdy objawione przez tego czy innego boga z tą różnicą, że bogiem staje się tu metoda badawcza psychologii ewolucyjnej. Tak… instynkt, dobór naturalny i przetrwanie i wszystko jest jasne, 500 lat temu także było jasne tyle, że za nieco inna przyczyną. Proponowałbym zapytać kogoś kto bardzo cierpi z powodu rozstania czy związane jest to z jego strategią przetrwania?
Tak w ogóle to w ostatnim czasie dziwnie często trafiam na jakieś „kwiatki” psychologii ewolucyjnej. Jung I Pauli powiedzieliby, że to synchroniczność. Fanatycznie dogmatyczni redukcjoniści w stylu Martina Gardnera zapewne uznali by to za przypadek a Junga, Pauliego, mnie i wielu innych wysłaliby do szpitala psychiatrycznego. Tamci już nie żyją więc ocaleliby
A ja… no cóż…
Terapia zapewne byłaby wyłącznie behawioralna + leki psychotropowe. W ten sposób udałoby się być może przywrócić mi niezachwianą wiarę w przypadek jako jedynego sprawcę czegokolwiek
Na całe szczęście nie żyjemy jednak w teokracji racjonalnego redukcjonizmu
mogę więc odetchnąć z ulgą
Jacenty, ty stary zgredzie
Zacznę od ewolucjonistów. Zgadzam się z tym, że jest to taki dziwny kawałek nauki („nauki”?),w którym wszystko jawi się jako jasne, oczywiste i zdroworozsądkowe, ale nikt nijak nie jest w stanie udowodnić swoich hipotez. No bo jak eksperymentalnie stwierdzić jak człowiek funkcjonował dawno, dawno, okropnie dawno temu. Z drugiej strony, niektóre idee są ciekawe i mogą w jakiś sposób wspomóc nasze zrozumienie człowieka. Nie wiem czy czytałeś wspomniany przez Szymona blog. Jeśli nie, to polecam, bo pisze go całkiem mądry facet. Tak naprawdę najważniejszą myślą jego ostatniego artykułu jest to, że nasze reakcje na odrzucenie bywają silne, niemal instynktowne i nieadekwatne, a zdając sobie z tego sprawę możemy coś z tym zrobić. Dla mnie to jest najważniejsze – coś z tym robić. Choć oczywiście wspomniany artykuł nie wyczerpuje różnych aspektów potrzeby akceptacji i pewnie nie taki był zamysł autora.
A jeśli chodzi o kwestię miłości, wolności i rozstawania się, to moje pierwsze przebłyski też pojawiały się w momentach dwóch trudnych rozstań. Przy pierwszym wyrosły z pytania „czemu u licha tak strasznie cierpię” a przy drugim pojawiło się „jak mogę wykorzystać to cierpienie by zmądrzeć”. Myślę, że ból rozstawania się jest wpisany w nasze doświadczenie, pytanie co się dalej z tym robi. Można utkwić w starych schematach, można wzrastać. I każdy ma swoją ścieżkę, w której jak piszesz, doświadczenie a nie myślenie jest najważniejsze. Tylko myślę sobie, że im wcześniej zaczniemy świadomie doświadczać, nawet zanim przyjdą wielkie traumy, tym może łatwiej to wszystko będzie się działo…?
Asiu
Podobnie chyba jak Ty uważam, że postulowane przez ewolucjonistów metody niekiedy mogą być skuteczne. Uważam natomiast, że teoria reprezentowana przez ten kierunek jest momentami po prostu śmieszna. Ewolucjoniści zdają się kompletnie nie zauważać rzeczy zasadniczej, mianowicie, że organizmy ewoluując tworzą nowe cechy, także w ujęciu jakościowym. To można empirycznie udowodnić na tysiącach przykładów. Choćby język, człowiek pierwotny zupełnie inaczej posługiwał się językiem, można to wywnioskować z ewolucji sposobu wykorzystania języka na przestrzeni dziejów, które już możemy obserwować, np. na podstawie piśmiennictwa. Jakże różni się rozumienie i doświadczanie świata sprzed 2 tysięcy lat od dzisiejszego a co dopiero sprzed 40.000 lat. Rozwój organizmu zdaje się włączać poprzez proces ewolucji nowe funkcje i odwoływanie się do funkcji pierwotnych jako przyczyny zachowań obecnych to jakiś kompletnie obłędny redukcjonizm w ramach samego ewolucjonizmu. Osobiście uważam teorię ewolucji za bardzo silną, ale nie w wydaniu większości psychologów ewolucyjnych. Trochę to wygląda tak jakby biolodzy, od których to się zaczęło byli 200 lat do przodu w swoim rozumieniu tych procesów w stosunku do psychologów ewolucyjnych przeżywających romans z koncepcją wczesno darwinowską, w którą żaden poważny biolog dziś nie wierzy w jej starej postaci jako tłumaczącej mechanizmy ewolucji w sposób wyczerpujący.
Moja krytyka psychologii ewolucyjnej powiała ostrym sarkazmem wobec części naukowców z tego środowiska. Taki już ze mnie zgred
Tak… gdyby ktoś potrafił nam przekazać wartościową wiedzę o nas samych gdy przeżywa się pierwsze wielkie burze w okresie dojrzewania i nauczyć radzić sobie z emocjami w sposób konstruktywny zanim doświadczymy traumy, to z pewnością żyłoby się nam nieco łatwiej
Jako debiutant na tym blogu przyznaję rację przedmówcom- prawdziwa Miłośc powinna być wyrazem wewnętrznej wolności oraz siły, a dochodzi się do tego najczęsciej na drodze bolesnych eksperymentów z własnym zyciem.
Jednak wydaje mi się, że obraz miłości byłby niepełny gdyby sprowadzić go jedynie do wewnętrznego poznania. Miłość, żeby być pełna potrzebuje kogoś/czegoś z kim może podzielić się, kogo może obdarować.
Jedno nie przeczy oczywiście drugiemu- te podejścia się dopełniają według mnie, ale koncentracja jedynie na pierwszym aspekcie grozi pewnego rodzaju kwietyzmem.
To tak na szybko bo muszę uciekac na psychoterapię:)
Pozdrawiam wszystkich czytelników, a szczególnie Stwórczynie tego świetnego bloga!
Zgadzam się, że te dwie części są potrzebne. Wydaje mi się jednak, że jak tą pierwszą mamy, druga przychodzi naturalnie. I bynajmniej nie chodzi mi o narcystyczną miłość własną, a przepełnianie się miłościa do siebie i wszystkiego wkoło. Wtedy ta miłość z nas po prostu wypływa, promieniuje. I wcale nie trzeba mieć jakiegoś konkretnego obiektu by ją spełniać
Właśnie rozmyślam o miłości, czym ona właściwie jest, czy to była miłość? Powinnam dzisiaj być może w części dotyczącej rozstań, ale że próbuje zrozumieć co się dzieje i działo, weszłam tu…
Z prawie czterdziechą na karku i kilkoma nieudanymi związkami, i z wieloletnim byciem samemu (powód: albo spotykam tego kogoś, albo nie zaczynam miernych romansów), zaczęłam pojmować miłość jako stan, który się może rozwinąć, wyrosnąć jak roślinka z nasienia. Na początku nigdy nie myślałam o uczuciu które mnie spotkało jak o miłości. Bo przecież to dopiero nasienie…Tyle, że z czasem ja hodowałam tę roślinę, ale partner wiądł w oczach…Po 15 miesiącach mi wydaje się, że jest co najmniej dąb, a on jest wyschniętym nasieniem. Może głupio pisze i używam takich tandetnych skojarzeń, ale tak to widze. A chodzi mi o to, że zaczynam myśleć, że ze swoją durną teorią o kiełkowaniu i rozwoju, mogłam zniszczyć uczucie, które było na początku. Dlaczego? Bo nie pozwalałam swojemu uczuciu istnieć na początku, tamowałam je, nie okazywałam jak okazywać się powinno. „Lepiej jeszcze nie – zobaczymy czy to warte”. I co? Jak rozmawiałam z moim, niestety od wczoraj ex, opowiedział jak w pewnym momencie poczuł szpilę, która niestety została już, i charatała serce dalej…jakkolwiek starał się zapobiec temu…Dzisiaj on wie, że on nie kocha wystarczająco by to przejśc. Dla mnie tragedia. Nadal pewnych rzeczy nie rozumiem, chociaż jego wyjaśnienia zaczynają mi rzucać trochę światła, ze być może przez wiele miesięcy wyznając sobie miłośc, tak naprawde nie byliśmy szczerzy…i to zupełnie nieświadomie….
Wydaje mi się, że nie jest łatwo nauczyć się okazywać miłość, jeśli w ogóle potrafi się rozpoznać, że to miłość.
Podobają mi się przytoczone tu cytaty. Ja np. po przeczytaniu ich zdałam sobie sprawę, ze nigdy do końca nie akceptowałam mojego partnera, dążyłam do zmiany jego zachowań (i to bynajmniej nie w kwestii skarpetek na podłodze). I chyba nie dawałam mu też wolności do np decydowania o tym jak ma postąpić w SWOICH sprawach, ze swoim dzieckiem na przykład.
Chyba nie umiałam go kochać. Albo nie umiem kochać.
To, że zaczynam zdawać sobie z tego sprawę, trochę mi pomaga zrozumieć jego decyzję (nagłą dla mnie i nieoczekiwaną) o skończeniu tego związku. Ale ból i tak jest wielki. Ale wiecie kiedy płaczę najbardziej? Gdy myślę, że jestem sama – znowu sama, samotne soboty, niedziele, samotne wakacje, samotne imprezy, samotne swięta i sylwestry….Czy to nie mówi wiele?
A jeszcze jedno przyszlo mi do glowy. Czy uważacie, że miłość jest czymś co trwa pomimo wszystko? Mówi się, że miłość pokona wszystko itd…Ale czy nie jest tak, że pomimo uczucia, trzeba też z głową żyć razem? Z głową, czyli myśląc i „pracując” nad wzajemnymi relacjami, nad związkiem? Czy nie jest tak, że bez tego miłość może nie dać rady? Przecież związek to dwoje ludzi, o różnych postawach, reakcjach, bardziej lub mniej zbieżnych, ale zawsze różnych. Ciekawi mnie co myślicie w tej kwestii.
Pozdrawiam.
@racja: wydaje mi się, że oczywiście, że trzeba razem żyć z głową. i to już nie jest kwestia miłości jako takiej, a tego, co nazywamy związkiem i tego, czego od niego oczekujemy. I często można/trzeba nad różnymi kwestiami pracować, wspólnie, osobno, aby dać tej miłości czyste pole do swobodnego przepływania. wierzę, że każdy z nas ma w sobie miłość, ale mnóstwo rzeczy blokuje jej przepływ. a to, że się różnimy między sobą i nasze problemy często się zazębiają albo wzajemnie uruchamiają, powoduje, że tym bardziej trzeba „z głową” – czyli jak dla mnie z uważnością – traktować relacje.
Joanna, ja też tak uważam, ale skoro z uważnością będziemy traktować relację, to skąd wiemy, że to miłość, albo skąd wiemy, że to NIE miłość? Czy np. miłość jest wtedy gdy chce nam się wszystkiego? Gdy mamy nadzieję na przyszłość? Wizję tego jak będzie wyglądało nasze życie za kilka lat? Wizję tego, że widzimy je u boku tej właśnie kochanej osoby? A co z przeżyciami z poprzednich związków? Czasami one były tak silne (rozwód itp), że pozostawiły skazę. Czy możliwe jest, że to nie jest miłość, skoro nie mamy nadziei na tę przyszłość, na to, że będzie razem dobrze pomimo poprzednich wielkich zawodów życiowych?
Dla mnie miłość, nie zwalnia nas z „obowiązku” dbania i pracowania nad sobą, i też nad związkiem, nad wypracowywaniem wzajemnych relacji. Miłość dla mnie nie polega na próbie dawania szczęścia partnerowi. Miłość polega też na braniu szczęścia dla siebie. To musi iść w parze. Żeby dawać trzeba ciągle dowiadywać się czego partner oczekuje. Żeby brać trzeba wiedzieć i dać dowiedzieć się partnerowi czego się oczekuje samemu. W tych codziennościach właśnie. A nie zamykać się w przekonaniu, że nie będę brać, że będe tylko dawać. Czy taka miłość, jeśli to w ogóle jest miłość, nie wypali się? No tak – ktoś powie, że to piękne. Są święci, którzy siebie tylko dawali w zamian nic nie biorąc. Ale my nie jesteśmy świętymi.
Widzisz, ja chyba próbuje zrozumieć czy to miłość czy nie. I czym ona jest. To dla mnie ważne w tym momencie. Bo nie wiem teraz czy przez ponad rok żyłam w miłości, czy w oszustwie (przy czym on mógł sam siebie oszukiwać, działania z premedytacją odpadają). Być może byłam jak wiatr dla niego, który uniósł go na ten ponad rok z gruzów, w których tkwił z jego poprzedniego życia. I może pomylił miłość z jakąs fascynacją chwilową. Ale z drugiej strony zastanawiam się czy nie jest tak, że każdą miłość można zabić nie dbając o wzajemne relacje. Czy raczej jest tak, że jeśli jest miłość, to chce się o te relacje dbać. A cechy charakteru? Nasz introwertyzm? Czy miłość jest ponad to wszystko???Zupełnie poza ramami wszelkich codziennych sytuacji? Czy raczej jest we wszystkich tych codziennościach?
Nadal nie wiem czym jest miłość. Dla mnie jednak, jest raczej chyba złożoną wielu uczuć i postaw życiowych.
I nad jeszcze jedną rzeczą się zastanawiam. Czy jest możliwe, by miłość wygasła z dnia na dzień???? To brzmi jak nastoletnie dywagacje, wiem. Ale w co mam wierzyć? Jeśli przez ponad rok jestem w miłości, jestem o tym zapewniana, że to miłość, że jestem kochana (i ja kocham też). I w ciągu tygodnia, dwóch, wszystko nagle się zmienia i partner dochodzi do wniosku, że to nie miłość???? Przy czym zapewnia, że przedtem zawsze zawsze był szczery. I wierze mu, bo wiem, że jest szczery zawsze w życiu. A więc czy możliwe jest, że miłość nagle znika??? Więc może to nie była w ogóle miłość od początku…
Trudno jest coś powiedzieć o czymś co tak trudno zdefiniować. Dlatego weszłam tutaj.
Przy okazji – świetne artykuły – na wszystkie tematy. Pozdrawiam.
Jednak jeszcze coś napiszę. Czy wierzyć słowom o uczuciach wyrazanych spontanicznie, czy też tym przemyślanym, analizowanym względem swoich przeżyć, lęków (które zawsze przecież ograniczają)?
no już nie będę tak długich postów wypisywać
Ale tak mi to wszystko do głowy przyszło
Miłość to dawanie wolności. Ale żeby kochać, trzeba też samemu być wolnym. Wolnym od przeszłości. W przeciwnym razie nie ma miłości.
Ot – do tego doszłam
Pozdrawiam.
racja, jest w tym sporo racji:)do niedawna zyłam myślą o kimś z przeszlości, kto wiem, że w kazdej chwili czeka na email, telefon, dobre słowo. Tylko, że uciekając w jego stronę, nie dostrzegałam obecnej chwili, obecnej osoby; i jak tylko było smutno, gorzej szukałam pomocy,akceptacji i zrozumienia u osoby z dawnych lat… do czasu, kiedy zdałam sobie sprawę, ze w tym „trójkącie” jestem bardzo samotna;
oderwana od przeszłości, żyjąc i koncentrując się na tym co jest teraz wokół mnie i we mnie, odczuwam radośc, jestem wolna, wsłuchuje sie w siebie
i wstaję i zasypiam przepełniona nadzieją, bo przecież kocham:)
pozdrawiam
Tak. Mój ex po prostu wciąż tkwi w swoim rozwiedzionym małżeństwie. Dlatego to co on nazywał miłością, było zwykłą potrzebą obcowania z kobietą. To co on nazywał związkiem, było w rzeczywistości potrzebą TOWARZYSTWA na co dzień. Chyba sam sobie z tego sprawy nie zdaje. Zerwał ze mną po to, żeby zacząć z inną, która – jak to określił – mogłaby być każdą inną osobą.
Nie uwolnił się od traumy rozwodu, bo to on został zostawiony. Między nami przez cały czas nie było nas – był on ze swoimi problemami, smutkami, depresjami. Jak odchodził do tej nowej, też nie istniał nasz związek jako powód, tylko ON, że JEMU nie jest szczęśliwie. Wiele, wiele innych spraw mam w pamięci i wiem jedno: on nie da rady związku zbudować dopóki choć w pewnym stopniu nie poradzi sobie z rozwodem, ze złoszczeniem się na byłą żonę, z martwieniem się o nią itd. Tylko nie powinien wchodzić w związki. I nazywać je tak po imieniu. Niech szuka towarzystwa, dla towarzystwa, ale bez tych wszystkich wielkich słów i udawanych czynów.
Tak jak ja teraz. Cierpię i wiem, że cierpię. Mam pomieszane emocje i wciąż – mimo wszystko – tęsknotę za tym minionym czasem. Jeszcze czasu potrzebuję. I wiem o tym. Ale gdybym teraz wchodziła w jakiś związek, byłoby to kłamstwo. Po prostu próbowałabym tylko pocieszyć się. I tyle.
Jeszcze nie jestem wolna od niego. On nie był wolny od swojej przeszłości gdy był ze mną. I nadal nie jest.
Różnica? Ja o sobie wiem więcej…
Pozdrawiam!