Do czego mogą się przydać „niezdrowe” rzeczy
Niewiele nowości ostatnio tu się pojawiało. Przerwa była związana, jak to najczęściej bywa, z różnymi zawirowaniami życiowymi oraz z podróżami. Mam jednak nadzieję wrócić do regularnego publikowania tekstów, bo tematów się zebrało sporo. Wciąż coś się zmienia, przychodzi, odchodzi, mam wrażenie, że coraz szybciej.
Dziś chciałabym napisać o pewnych doświadczeniach z ostatnich miesięcy, związanych ze „zbaczaniem z dobrej ścieżki” i co może z tego dobrego wynikać.
Od wegetarianki do mięsożercy
Przez 1,5 roku byłam wegetarianką. W sierpniu tego roku poczułam niesamowitą chęć zjedzenia mięsa, tak silną, że wręcz zatrzymywałam się na ulicy czując np. zapach pieczonego kurczaka. Przez pewien czas odpychałam to uczucie, przekonując siebie, że przecież tak długo nie jem mięsa i bez sensu byłoby to „zepsuć” i przypominałam sobie wszystkie powody, dla których przestałam jeść mięso. Jednak któregoś dnia zastanowiłam się – kto tak naprawdę zabrania mi jeść mięso? Co się stanie jeśli zacznę je jeść? Dlaczego mam się trzymać jakiejś idei, jeśli organizm ewidentnie daje mi jakieś sygnały? Zaczęłam więc jeść mięso i robię to do tej pory, aczkolwiek czuję, że czas mięsa powoli się kończy. Mam na nie coraz rzadziej chęć i coraz mniej mi smakuje, choć nie wykluczam jedzenia go od czasu do czasu. Co według „prawdziwych” wegetarian wykluczy mnie z ich grona…ale o co tu chodzi, o budowanie sobie tożsamości poprzez ideologię, czy też o słuchanie siebie?
Nie udało mi się do końca odkryć dlaczego tak zaczęłam potrzebować mięsa. Możliwe, że chodziło o jakieś składniki odżywcze, których mi brakowało, choć starałam się jeść z głową. Równie prawdopodobne jest, że potrzebowałam zmiany smaków, czegoś nowego dla podniebienia. To sygnał, że jadłam zbyt monotonnie i powinnam zwrócić uwagę na różnorodność. A najważniejsze chyba było „wyluzowanie” jeśli chodzi o kwestię tego co można, a czego nie wolno robić. I kto na to nie pozwala…
Kawa i papierosy
Kawy generalnie nie piję, bo boli mnie po niej żołądek i nie mam potrzeby tego rodzaju stymulacji, a papierosy… Po okresie popalania w liceum stałam się zagorzałą przeciwniczką palenia. Na zewnątrz. Wewnątrz miewałam ochotę zapalić, zdarzało mi się palić nawet w snach – ale mimo chęci nie mogłam, mój organizm bardzo źle reagował na wdychanie dymu. I tak to z dumą mówiłam, że mam taki mądry organizm, który mi nie pozwala palić. Całkiem niedawno coś się jednak zmieniło. Pewna znajoma uświadomiła mi, że za paleniem papierosów, czy chęcią palenia może stać coś głębszego i ważnego. Ciężko mi było to zaakceptować w przypadku papierosów, bo przecież są tak szkodliwe i tak potwornie śmierdzą, ale…coś musiało się we mnie przestawić. Po jakimś czasie zapaliłam papierosa w towarzystwie znajomych oraz pewnej dawki wina i…nic mi nie było, czułam się fantastycznie. Później zdarzyło mi się zapalić jeszcze kilka razy, ale robiłam to już starając się odnaleźć esencję tego wypalanego papierosa. Przyglądałam się sobie palącej papierosy ze wszystkich stron, na tyle na ile się dało pijąc przy okazji alkohol („na sucho” negatywna reakcja organizmu jest mimo wszystko zbyt silna) i wydaje mi się, że odkryłam wszystko co za tym siedziało. W związku z czym, podobnie jak z mięsem, czuję, że czas papierosów się skończył. Wiem co papierosy mi dają, wiem więc czego mam szukać w sobie już bez ich pomocy. Jednak gdybym nie weszła w to doświadczenie, mogłabym się tylko domyślać o co chodzi, a jakaś część mnie byłaby cały czas niezaspokojona. Papierosy to takie samo doświadczenie jak każde inne, ale chodzi o to, by wchodzić w nie świadomie. Dzięki temu mam pewność, że nie zacznę palić nałogowo, a moje popalanie nie miało na celu jedynie wywołania przyjemnego zawrotu głowy
Pewnie jesteście ciekawi co tam odkryłam…między innymi żywioł ognia, którego mi brakuje (potwierdziła to ostatnio terapeutka, która robi mi zabiegi refleksologii), silne odniesienia do seksualności i pewne specyficzne odczucie w płucach, które już udało mi się wywołać samym oddechem, bez papierosa.
A jako ciekawostkę dodam, że będąc w Indiach, w bardzo świętym miejscu, spotkałam pewnego jogina, który uśmiechnięty od ucha do ucha siedział i palił papieroska…
Jak widać w moim przypadku oznaką zmian było posłuchanie siebie i swoich potrzeb, a nie tylko ślepe robienie tego, co polecają mądrzy ludzie. I generalnie nadal myślę, że lepiej jest nie jeść mięsa i nie palić papierosów, ale to musi wypływać z wewnątrz, a nie być kolejnym schematem. Co z tego, że „dobrym”. Uważam, że o wiele bardziej wartościowe jest prawdziwe doświadczenie. Oczywiście warunkiem jest rozwój świadomości, bo nie sądzę by coś dobrego wynikało z palenia papierosów u nałogowego palacza, który nawet się nad sobą i swoim nałogiem nie zastanawia.
To, co opisałam nazywam roboczo konfliktem między moim wewnętrznym joginem a szamanem. Jogin to taka zdyscyplinowana, czysta postać, która regularnie medytuje, zdrowo żyje i dąży prosto do oświecenia. Szaman zaś, to ten, który doświadcza odmiennych stanów świadomości, przekracza granice między racjonalnym, a irracjonalnym korzystając z różnych dostępnych narzędzi, nie tylko medytacji. Czuję, że ostatecznie chodzi o zintegrowanie obu tych postaci, ale na razie…pozwalam im dyskutować robić różne, czasem sprzeczne rzeczy. Integracja na pewno prędzej, czy później nastąpi.
Potrzebujesz inspiracji? Daj się się zainspirować dzienną porcją ciekawych myśli wprost do Twojej skrzynki.





Zawsze byłem zdania, że „wszystko jest dla ludzi” :> Dlatego po części nie rozumiem wegetarian czy wegan – człowiek to zwierzę, które zostało przygotowane przez naturę do posiłków w części składających się właśnie z mięsa. Wszystkie odstępstwa, nawet starannie zaplanowane, będą na dłuższą metę zaburzać homeostazę organizmu.
Co do papierosów – nie palę, bo mi tytoń nie smakuje :> Za to kawę, zwłaszcza dobrą (np. z Amaretto ;>) mogę pić codziennie. Ale wiadomo – w niczym nie można przesadzać. Nawet czekolada może się w końcu przejeść
I o ten złoty środek chyba w tym wszystkim chodzi. Należy poznać potrzeby naszego ciała a później je wyważyć, unikając odejścia w skrajności.
(wiem wiem, są ludzie którym czekolady nawet podawanej dożylnie będzie za mało
to tylko przykład
)
Teloch, popieram! Tylko zamiast kawy dałbym miód…
Ja miałam podobne doświadczenia jak Ty.
Również byłam wegetarianką, potem miałam okresy powrotu do mięsa.
Aktualnie znów jestem, ale wnioski miałam podobne do Twoich.
Na sesji terapii regresywnej wyszło mi, że mój umysł miał szereg niespodzianek związanych z tematem, które udało mi się wtedy wydobyć na powierzchnię z mroku podświadomości
a) – tak naprawde podświadomie uważałam , (stereotyp zaprogramowany mi przez rodziców i środowisko) że bez mięsa w naszym klimacie nie da się żyć, że jest niezbędne, zawiera białko, etc…
Mimo, że na „powierzchni” miałam cienką warstwę poglądów zaczerpniętych z literatury, że jednak można zdrowo żyć bez mięsa – one nie były na tyle zakorzenione by dotrzeć do podświadomych przekonań.
b) – kolejne nieświadome przekonanie – wydawało mi się że od osoby zajmującej się rozwojem „wymaga się” by była wegetarianką, że w innej sytuacji nastąpi wykluczenie z ich grona i/lub bezustanna krytyka
- czułam zatem że wegetarianizm został mi niejako ‘narzucony’ i PS się buntowała.
c) – kolejne przekonanie mojej PS – o „wyższości” diety wegetariańskiej nad innymi, jako jedynej która podnosi wibracje, ułatwia jasnowidzenie, zmniejsza ilość toksyn, ułatwia pokonywanie blokad energetycznych i uwalnia od szansy na raka jelita
To przekonanie było trochę snobistyczne i ewidentnie chciałam się dowartościować z jego pomocą
Aktualnie uważam że WYRZEKANIE się mięsa na siłę może zdziałać więcej złego niż dobrego.
Po pierwsze : człowiek chodzi w stanie niezaspokojenia cały czas, po drugie wywiera na siebie nienaturalną presję, po trzecie po prostu się męczy, ciągle sobie odmawiając, a im silniej i częściej odmawia tym otoczka wokół przedmiotu pożadania staje sie bardziej magiczna, upragniona i zakazana, co tworzy kompletny mętlik w głowie.
Miałam tak że łapałam się iż jadłam te sałatki które np miały w sobie tuńczyka, udając że wybieram jego kawałki (sama przed sobą) a zachwycałam się smakiem jego ‘sosu’, jako przynajmniej takiej namiastki.
A po co tworzyć w swoim życiu takie pomieszanie?
Uważam zatem że jeśli na coś mamy OCHOTę – powinniśmy ją realizować.
Oczywiście nie głupio i na siłę, ale ze świadomością, z uważnościa, z obserwacją swojego ciała i odczuć –
– zauważać cenę która się płaci za
Odpowiednio : – odmawianie – przejadanie sie
Zauważać co tak naprawdę stoi za decyzją :NIE JEM MIESA.
bo może tam być cała kopalnia wiedzy o naszym charakterze
Pozdrawiam ciepło
ZenForest
Zintegrowanie to rzeczywiscie najlepsze wyjście. Bo skrajności są złe
A tak w ogóle, to czy można wiedzieć dla jakich powodów nie jesz (/nie jadłaś?) mięsa?
@Teloch: kawy raczej nie piję, mój żołądek źle na nią reaguje…ale zapach uwielbiam
@ZenForest: dokładnie wiem o czym mówisz. Podejrzewam,że we mnie też są zakorzenione przekonania, że mięso jest potrzebne do dobrego funkcjonowania organizmu.Jak kiedyś zaczęłam być wegetarianką, mama goniła mnie na badania,żeby sprawdzić, czy „nie mam anemii” i „mam dobre wyniki”…
@Lanooz: Pierwszy raz przestałam jeść mięso po tym, jak przeczytałam artykuł o sposobie traktowania zwierząt, które idą na rzeź.Stwierdziłam,że nie chcę przykładać do tego ręki. Młodzieńczy idealizm
Drugi epizod wegetariański miał bardziej energetyczno/zdrowotno/duchowe podłoże. Sposób w jaki zwierzęta przeznaczone na ubój żyją i umierają powoduje, że w ich organizmach wydziela się mnóstwo toksyn, hormonów stresu,itd. Na dodatek są faszerowane mnóstwem różnych świństw (antybiotyki, mączki kostne, itd).Myślę, że ta cała chemia mocno przeważa nad ewentualnymi korzyściami z jedzenia mięsa.Gdybym tak mogła upolować swoją zwierzynę, stanąć z nią jak równy z równym – to jest naturalna sytuacja, a nie farmy-fabryki. Dochodzi do tego kwestia energetyczna, mówi się, że w powyższych powodów, jedzenie mięsa obniża wibracje ciała. Obecnie uważam,że można mięsko „zaczarować” tak, że nie będzie (albo będzie mniej) szkodliwe
A teraz można powiedzieć, że raczej unikam mięsa, ale nie robię z tego ideologii – jak mam ochotę i czuję, że to dla mnie dobre – jem. Problemem jest czasem wyczucie, czy coś jest faktycznie dobre, czy to tylko łakomstwo/przyzwyczajenie przemawia. Ale to już inna historia
@Lanooz
Powody były podobne jak u Asi, na początku trochę ideologiczne, poza tym oglądałam film „Wiosna, lato, jesień, zima i…wiosna”,w którym pokazano tak bezwzględny szacunek do życia w jego najprostszych formach, tak wyraźnie przedstawione było cierpnie każdej czującej istoty, że… bardzo mocno mnie to przekonało.
To naprawdę piękny, poruszający film, polegam go Wam gorąco.
Potem doszło do tego moje zainteresowanie rozwojem duchowym i osobistym, kontakt z innymi podobnymi osobami, które tworzyły taką lekką ‘presyjkę’ na ten sposób odżywiania. Nieraz byłam świadkiem jak ostro i z pogardą traktowano odszczepieńca który zaczynał jeść mięso, jak z ironią padały określenia :”a jemu ostatnio odbija, pewnie przez te kabanosy co zaczął jeść…”
Ten mechanizm działał w dwie strony, z jednej bałam się zrezygnować z wegetarianizmu, z drugiej narastał we mnie bunt przeciw takiemu samoograniczaniu się i zniewalaniu, wbrew nieraz oczywistemu ‘smakowi’ na potrawy mięsne.
Czemu wróciłam do tego? Powiem tyle – wróciłam ale na własnych prawdach, nie mam już kontaktu z tamtymi osobami, ta decyzja jest moją decyzją – niezawisłą. Wiem że jak będę miała ochotę – to po prostu sobie zjem, jestem wolnym człowiekiem
@Asia
„Obecnie uważam,że można mięsko “zaczarować” tak”[...]
Dokładnie – dawniej ludzie instynktownie czuli, że wibracje cierpienia i śmierci można zniwelować przez akt uświęcenia.
Szamani i zwykli wojownicy stepów Ameryki i Euroazji po zakończeniu polowania modlili się do ducha zabitego zwierzęcia.
Nawet chrześcijanie (zresztą do dziś) – modlili sie nad pokarmem, dziękując za niego Bogu.
Był to akt podniesienia wibracji i oczyszczenia mięsa z ewentualnej negatywnej energii.
Zgodzę się z Tobą również, że mięso zwierząt żyjących w naturze jest bez porównania lepsze. Zwierzątko chodzi sobie wolne i szczęśliwe, a bolesny moment ma tylko jeden.
Zwierzęta w chlewach, stajniach, oborach – nieraz trzymane są w skandalicznych warunkach, i nie chodzi o sanitarne, ale o „duchowe”, są świadkiem śmierci pobratymców, traktowane jak przedmioty.
Nie wiem czy widzieliście kiedyś jak trzymane sa młode cielęta, na jak krótkich łańcuchach, jak nieraz zmuszone są do stałej pozycji klęczącej, do bezruchu, by zachować ‘delikatność’ mięska…
To dla mnie też ważny argument przeciw jedzeniu mięsa, no cóż…szkoda że tak niewiele jest dostępnej dziczyzny w sklepach
Pozdrawiam ciepło
ZenGarden
W kazdym czlowieku jest zakodowany egoizm.Jednak u niektórych jest na więkrza skalę,jestesmy tylko ludźmi z niespokojnymi umysłami.Jest bardzo ciezko zrezygnować z czegoś jezeli robi się to przez długie lata(a w przypadku mięsa jest sie faszerowany od najmłodszych lat)Ktoś kto pisze że był wegetarianinem 1,5-roku i nagle poczuł chęć zjedzenia kurczaczka i nie ciężko mu było sie oprzeć bo być może czegoś mu brakowało w diecie pisze BZDURY!Czy wiecie że alkoholikiem się jest przez cale życie?Pijącym lub nie!To samo z narkotykami.Można z tego wyjść ale narkomanem się juz pozostaje.Czy wiecie że mięso ma związki silnie uzalezniające?Czy wiecie że prostytutką się pozostaje do końca życia.Potem juz nie mozna bez tego zyć to się staje normalnosią.Mozna łatwo sie do czegoś przyzwyczaić ale zrezygnowąć ciężko.To czysta nauka.Nasza psychika jest bardzo skąplikowana i niech się nam nie wydaje że sobie coś tak powiemy i łatwo nam to przydzie.Nie jem mięsa od 14 roku życia,obenie mam 34 taze doswiadzczenie na tym polu mam duże.Bądzcie czujni pozdrawiam
witam
bardzo podobA mi się wypowiedz Telocha:
„…unikając odejścia w skrajności.”
To prawda, to wlasnie tego ludzie najczesciej nie potrafia – tego calego wywarzenia…
Czy wszystko jest dla ludzi? No moze i tak ale w wiekszosci przypadkow konczy sie to przejsciem w grozna skrajnosc (np. eksperymentowanie z narkotykami – marihuana, amfetamina, ekstaza) – to sa bardzo ślizkie sprawy, ktorych lepiej nie tykac dla naszego wlasnego dobra. co do kawy i papierosow – jezeli ktos regularnie biega (np 2 razy w tygodniu po 45 minut) to raczej nie zapali papierosa, bo mu to przy najstepnym bieganiu wyjdzie bokiem. kawa – z amaretto smakuje wysmienicie – i tu uwazam, ze poki nie pijemy jej wiecej niz zwyklej wody mineralnej, to chyba zawsze bedzie to taka nasza mala bezpieczna odskocznia na poprawienie wlasnego humoru
Fajny temat, gratuluje autorce.
Pozdrawiam
Arek – Bydgoszcz