Przywiązania (2)
Istota przywiązania polega na tym, że utrata danej rzeczy/idei/osoby powoduje w nas ból. Im większy ból, tym większe przywiązanie. Im większe przywiązanie, tym mniejsza wolność i radość życia. I tak w kółko. Kurczowo trzymamy się tego, co posiadamy, aby nie doświadczyć straty. Im bardziej się boimy, tym bardziej cierpimy gdy strata następuje. Choć nie ma się co łudzić, że utrata nie nastąpi, lubimy karmić się tą iluzją. Jednak życie jest zmienne i dynamiczne, pewne rzeczy przychodzą, inne odchodzą i akceptując to otwieramy się na nowy sposób doświadczania życia.
Jeden z mistrzów, których bardzo cenię, Anthony de Mello, przedstawia taką sytuację: na poddaszu domu mieszka człowiek, który nigdy nie schodzi na dół, bo słyszał, że byli tacy, którzy spadając ze schodów złamali sobie kark. Nie wychodzi na ulicę, bo wielu ludzi zginęło pod kołami samochodów.
Ten człowiek kurczowo czepia się swego poddasza, próbując odsunąć od siebie śmierć, a tym samym odsuwa od siebie życie.
Myślę, że chodzi tutaj zarówno o dosłowne rozumienie lęku przed śmiercią, jak i o lęk przed utratą swojego sposobu myślenia, posiadanych rzeczy, posiadanych relacji, itd. Opierając się śmierci, kurczowo trzymasz się tego co jest.
Gdy niczego nie trzymasz się kurczowo, gdy nie boisz się, że coś stracisz, jesteś wolny, płyniesz jak strumień górski, który zawsze jest świeży, migotliwy i żywy.
De Mello, jak zawsze, w prostych i ostrych słowach mówi o człowieku, który opiera się zmianom i nie boi się utraty tego, co posiada: jesteś sztywny i umarły.
To może się wydawać dość brutalnie. Już w niejednym miejscu pisałam, że nasza kultura promuje wzorce przywiązania czy to do dóbr materialnych, czy do ludzi. Posłuchajcie kilku najpopularniejszych piosenek popowych. Czy ktoś śpiewa o tym, że jesteś sam/a w sobie wartościową istotą, że nie potrzebujesz niczego by poczuć szczęście? Raczej nie. Raczej można usłyszeć „bez ciebie nie mogę żyć”, „nie odchodź ode mnie, nie opuszczaj mnie, tylko przy tobie jestem szczęśliwy”, i tak dalej… Jasne, że są wyjątki – chodzi mi o ogólną tendencję.
Trudno więc się dziwić, że myśl o śmierci, odchodzeniu, umieraniu nie jest nam miła. Tym trudniej jest nam gdy chodzi o bliską osobę. Jakiś czas temu oglądałam film „Źródło”, który pięknie pokazuje na co skazuje się człowiek, który nie chce puścić ukochanej osoby. Wierzcie mi, doświadczenie uwolnienia siebie i drugiej osoby jest niesamowitym przeżyciem (które opisałam kiedyś tutaj).
De Mello proponuje ciekawe ćwiczenie. Zastanów się, czy jest coś lub ktoś, kogo utrata napełniłaby cię smutkiem. Pomyśl o rodzinie, przyjaciołach, partnerze czy partnerce. Jeśli nie jesteś w stanie nawet pomyśleć o ich odejściu – tym bardziej potrzebujesz takiego ćwiczenia.
Ja bym jeszcze do listy rzeczy i osób dodała: idee, opinie i swoje identyfikacje (to, kim ci się wydaje, że jesteś).
Weź te osoby i rzeczy po kolei, pojedynczo i wyobraź sobie, że umarły, albo że je straciłeś lub na zawsze jesteś od nich oddzielona, powiedz im w sercu do widzenia. Powiedz wszystkim dziękuję i do widzenia.
Doświadczysz bólu i zniknie twoje przylgnięcie, a coś innego wyłoni się w twojej świadomości – samotność, która coraz bardziej się rozrasta (…). W tej samotności jest wolność. W tej samotności jest życie.
Uwolnisz się w ten sposób od niepokoju, lęku przed stratą i nic nie będzie stało na przeszkodzie w czystym doświadczaniu życia. Nie będziesz się bać i będziesz po prostu swobodnie żyć.
Brzmi to pięknie, prawda? Muszę przyznać, że mam poczucie, że uwolnienie się od niektórych przywiązań jest bardzo trudne. Wydaje mi się, że na to potrzeba czasu i jest to długotrwały proces. Doświadczyłam szarpania się ze sobą i swoimi przywiązaniami – skrajność też nie jest zbyt dobra. Ja osobiście nie czuję, że jestem w stanie, przy obecnym stanie świadomości, z dnia na dzień przeobrazić się w oświeconego mistrza wolnego od przywiązań (choć ufam, że jest we mnie taki potencjał
). Ani nie uważam za ideał życie w wyrzeczeniu i ascezie. Raczej chodzi mi o uświadomienie sobie tego mechanizmu i dostrzeżenie źródła cierpienia. Jeśli sami sobie fundujemy cierpienie, martwotę i lęk, to dlaczego nie spróbować tego zmieniać?
Potrzebujesz inspiracji? Daj się się zainspirować dzienną porcją ciekawych myśli wprost do Twojej skrzynki.




ludzie maja w naturze przywiazanie. Nie sadze, że jest możliwe by nie cierpiec z powodu straty drogiej osoby. Jest nawet taka przypowieśc o mistrzu, który płakal po stracie syna. Uczeń pyta się go :czemu płaczesz, skoro przywiązanie jest iluzją” a mistrz na to ” tak, a strata dziecka jest iluzją najboleśniejszą” Zadne wyobrażeniowe ćwiczenia do tego nie przygotują
niestety muszę się zgodzić… hmm… po jakimś czasie ból mija ale przez „ten czas” jednak człowiek się męczy, tęskni, nie potrafi się odnaleźć.
I myślę, że przed tym właśnie ludzie się bronią. Boją się tego bólu, który spowodowany jest zmianą, pustką, stratą. To trochę tak, jakby dobrowolnie skazywać się na żałobę. Ludzie wybierają prostsze rozwiązania, chociaż, na dłuższą metę, gorsze.
To prawda, że potrzebujemy czasu, a czas ten często jest bolesny…ale to ludzkie. Ból i tęsknota są częścią naszego doświadczenia, ale warto pamiętać, że to mija i nadchodzi nowy dzień, nowi ludzie, nowe przeżycia. I nie ma co na siłę trzymać się tego, co stare i już niepotrzebne.
Szanowna Pani Joanno!
Czytając ten artykuł przypomniała mi się pewna książka, którą czytałam (główne ze względu na tytuł filmu, jaki Pani podała) o tytule „Źródło”. Jest to historia opowiadająca o ogromnym przywiązaniu, miłości, ale także o poświęceniu dla własnych idei i wielkiej sile ducha. Pozycja niesamowicie wciągająca, wielowątkowa i we wspaniały sposób napisana. Gorąco polecam jako lekturę.
A wracając do artykułu i przywiązania – ciekawi mnie dlaczego tak mało miejsca w psychologii jest na przyjaźnie? W końcu (przynajmniej z mojego doświadczenia tak wynika) relacja przyjacielska może być również bardzo głęboką i intensywną, w istocie zbliżoną do tej miłosnej.
Pozdrawiam
Hipoteka
PS: zapomniałam dodać, że autorką tejże książki („Źródło”) jest pani Ayn Rand.
Czasami mam wrazenie ze wielcy mistrzowie ktorzy tak wiele mowia i pisza o przywiazaniu sami obawiaja sie tego, co owo przywiazanie mogloby namieszac w ich zyciu. Z jednej strony maja racje, z drugiej… czy to aby nie jest tak, ze nasiakajac teoriami o szkodliwosci przywiazania dla rozwiniecia „oswiecenia” po prostu wciela sie w zycie taki a nie inny nurt na tej podstawie? Moich slow kilka w kwestii przywiazania. Prrzede wszystkim odrozniam przywiazanie od wiezi jako takiej. Kazda rzecz we wszechswiecie mysle jest jest w nieustajacej wiezi z kazda inna, czy to cos nienormalnego? Mamy wiezi spoleczne, rodzinne, partnerskie… toksyczne przywiazanie wystepuje wg mnie w momencie gdy umysl tak mocno uzaleznil sie juz od obiektu przywiazania iz kazda proba zmiany panujacego modelu relacji spotyka sie z jego ostrym sprzeciwem z agresja wlacznie. Rodziny gdzie taki akcent sie pojawia sa w tym wzgledzie mysle swietnymi przykladami, agresja po rozstaniu, poczucie krzywdy, prawde mowiac swiadcza o tym iz istota przywiazana jest mocno nie tyle do osoby, co do tego co ta osoba jej daje. Ten schemat traktuje jako wyobrazenie „sytuacji idealnej” jaie czesto bzdurzymy we wlasnych umyslach, utozsamiajac sie z tym nastepnie i tym sposobem staje sie on naszym wiezieniem. Mistrzowski brak przywiazania nie jest wg mnie brakiem poczucia wiezi, buddysci maja mysle mocne wiezi z calym zyciem na tej planecie, nie trenuja jednak tej toksycznej odmiany przywiazania ktora szlocha ponad wszystko bez opamietania gdy cos sie zmieni. Niewlasciwe przywiazanie dla mnie istnieje wtedy, gdy dlugo po zniknieciu przeslanek (odejscie bliskiej osoby, smierc partnera, etc) bol z powodu utraty nadal istnieje. Mistrz bedzie zatem z powodzeniem spelnial sie w rodzinie, ale gdy nagle stanie sie wdowcem po jakims czasie jest w stanie plynac rzeka zycia dalej, nie ogladajac sie w przeszlosc. Udawany brak przywiazania wg mnie to takie sytuacje w ktorych czlowiek celowo nie bedzie podejmowal relacji miedzyludzkich, aby sie do nich nie przywiazac – to juz uwazam za tchorzostwo, a nie brak przywiazania, mozna by rzec, jest przywiazany do tego strachu przed bliskoscia, zyciem przy drugiej osobie etc. Sztuka jest pic z tego zrodla i za nim nie tesknic, brac co oferuje i pozwalac mu plynac dalej.