Wszystko ma swój cel

Krokus z mojego ogroduCzy zdarzyły Ci się w życiu jakieś niesamowite zbiegi okoliczności? Czy kiedyś, zupełnie przez przypadek, na przykład spotkałaś osobę, która przekazała Ci informację, która zmieniła bieg Twojego życia – przynajmniej na dany moment? Czy przez zbieg okoliczności pojawiłeś się w miejscu, w którym nigdy nie bywasz, co zapoczątkowało jakieś ważne wydarzenia? Pomyśl…
Myślę, że niemal każdy z nas ma takie doświadczenia – choć nie wszyscy zwracają na nie uwagę. Przyglądając się takim sytuacjom z trochę innego punktu widzenia, można uzyskać całe morze nowych informacji o sobie i świecie. Nie wierzę w przypadki i zbiegi okoliczności. Uważam, że wszystko co się dzieje jest w jakiś sposób ważne – nawet (a może szczególnie!), gdy są to zdarzenia nieprzyjemne.

Zaakceptowanie sprzyjających wydarzeń i zbiegów okoliczności jako czegoś, co nam służy nie jest trudne. Czasem nie za bardzo wiemy po co coś się wydarza i w jakim celu spotkaliśmy tę, a nie inną osobę. Może nawet nie zastanawiamy się nad tym świadomie. Ludzie i zdarzenia płyną przez nasze życie i dzieją się. A może by tak spróbować przyglądać się temu wszystkiemu? Założyć, tak dla eksperymentu, że wszystko co się dzieje wokół nas ma jakiś cel, jakieś przesłanie, jest informacją właśnie dla mnie. I to ja mogę tę informację odebrać i odczytać. I to ja mogę z tego skorzystać. Bo czasem wystarczy zatrzymać się na chwilę i przysłuchać, otworzyć na chybił trafił leżącą gdzieś książkę, włączyć radio gdy nagle przyjdzie ochota i…coś się wydarzy. A może nie? Warto spróbować.

Podobne podejście sprawdza się w stosunku do tych wydarzeń, które najchętniej byśmy wymazali z naszego życia. Ale to one przecież niosą najsilniejszy przekaz, to, co negatywne robi nieporównywalnie większe wrażenie od tego, co pozytywne. Można więc założyć, że jeśli wszystko co się wydarza jest informacją, to negatywne wydarzenia są informacją priorytetową. Nasz organizm działa na podobnej zasadzie. Gdy dzieje się coś nie tak i należy zmienić sposób traktowania siebie/swojego ciała/swojej psychiki, najpierw czujemy osłabienie, zmęczenie. Jeśli ta informacja zostaje zignorowana (a to jest dość częste, bo przecież mamy inne ważne, nie cierpiące zwłoki sprawy do załatwienia), pojawia się większy dyskomfort, aż w końcu jedynie ból jest w stanie zwrócić naszą uwagę na potrzeby organizmu. Czasem musi to być choroba. Czasem poważna.

Jaki więc mamy pożytek z tego, że dzieje się/stało się coś złego?

Powyższe zdanie może budzić opór i sprzeciw wielu osób, zdaję sobie z tego sprawę. Całe nasze życie opiera się w końcu na podziale dobro-zło, przyjemny-nieprzyjemny, chcę-nie chcę, itd. Jak mam traktować coś ewidentnie złego jako coś dobrego? Przecież to jest totalnie pomieszanie pojęć!

A jednak…da się. I warto. Bywa to niełatwe. Bywa piekielnie trudne. Ale piekło to jest to, co sami tworzymy we własnej głowie. Możemy równie dobrze stworzyć raj. Zmiana sposobu patrzenia na trudne doświadczenia może mieć uzdrawiającą i uwalniającą moc. Można w końcu przestać cierpieć, bo nie ma już powodów.

Podam przykład z własnego życia, aby te rozważania trochę rozjaśnić.

Kilka lat temu przytrafił mi się bardzo skomplikowany związek. Zakończył się odejściem mojego partnera do innej kobiety. Cała sytuacja była czymś więcej niż „tradycyjną” zdradą i odejściem, ponieważ każdy etap relacji był obgadywany, było wiadomo co się dzieje i w jakim kierunku zmierza. Mimo wszystko cierpiałam, cierpiałam tak bardzo jak nigdy przedtem. I nie do końca rozumiałam dlaczego, ponieważ teoretycznie, na racjonalnym poziomie wszystko było czysto i uczciwie załatwione. A jednak, były momenty kiedy kompletnie nie mogłam się pozbierać. Zaczęłam się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego tak cierpię? Co mnie tak naprawdę boli? I podjęłam decyzję – nie chcę tak dalej. W przeciągu dosłownie kilku tygodni: trafiłam na zajęcia, gdzie zapoznałam się z najważniejszymi technikami „leczenia duszy” (później okazało się, że zajęcia miały być odwołane, ale w ostatniej chwili zostały utrzymane), spotkałam ludzi, którzy zajmowali się samorozwojem, razem z nimi zaczęłam pracę wewnętrzną i poznawanie siebie, uwolniłam się od wielu szkodliwych przekonań…i tak dalej. Poszło jak lawina. A mogło być inaczej. Mogłam siedzieć w kącie, pielęgnować uczucie żalu i trwać na pozycji ofiary. Pewnie po jakimś czasie przyszłoby kolejne trudne doświadczenie, którego celem byłoby potrząśnięcie mną i wybudzenie z odrętwienia.

Jednocześnie wspomniane doświadczenie było świetną okazją do przepracowania wzorca poczucia odrzucenia. Gdy w spokojny sposób przeanalizowałam tę sytuację zobaczyłam skąd wziął się mój ból. Ból nie został spowodowany przez drugą osobę. Nie był wynikiem jej złych intencji. Ten ból wziął się ze mnie, z moich przekonań i niezaspokojonych potrzeb. Gdy to zobaczyłam, mogłam zacząć pracę nad zmianą wzorca emocjonalnego, który mi ewidentnie nie służył. Dziś jest znacznie lepiej.

Podobnych przykładów można by mnożyć w nieskończoność. Jednak wszystko zaczyna się od deklaracji: Tak, jestem gotów spojrzeć na moje życie z innej perspektywy. Chcę coś zmienić.

A przy okazji, taka zmiana perspektywy jest pierwszym, ogromnym krokiem do prawdziwego, głębokiego wybaczenia.


Potrzebujesz inspiracji? Daj się się zainspirować dzienną porcją ciekawych myśli wprost do Twojej skrzynki.

Joanna
Sprawczyni całego zamieszania...

Komentarze

10 Odpowiedzi na “Wszystko ma swój cel”
  1. rek pisze:

    polecam De Mello – Przebudzenie

  2. Joanna pisze:

    Zdecydowanie się zgadzam :) I jeszcze druga książka De Mello, która mocno porusza: „Wezwanie do miłości”.

  3. Ishi pisze:

    Bardzo ciekawy tekst

  4. Togashi pisze:

    Analizujac swoje przezycia prowadzace mnie do depresji, siedzac w tym i sie zaglebiajac, doszedlem w koncu do takich samych wnioskow :)

  5. Danusia pisze:

    Bardzo wciagające wnioski na których oparłam swoją pracę pisemną na uczelnie ;-) Zgadzam sie w pelni z autorka. Jest coś w zbiegach okolicznosci co czyni je wyjątkowymi i wartymi uwagi. Sa one pomoca w zmianie stylu zycia dotychczasowego, pojawiaja sie szczegolnie wtedy kiedy sami nie widzimy naszych bledów i potrzeb zmian. To one nas nakierowują na własciwy tor naszego zycia…

  6. Magda pisze:

    „Ten ból wziął się ze mnie, z moich przekonań i niezaspokojonych potrzeb”…

    Tu jest coś, co budzi mój sprzeciw.
    Kiedy mnie ktoś zostawił, też uświadomiłam sobie jakie miałam przekonania, jakie potrzeby chciałam żeby były zaspokojone… i oczywiście – nie zostały albo przestały być zaspokajane.
    Czy lekarstwem na cierpienie jest nie mieć takich potrzeb? Nie zakochiwać się? Jeżeli bycie z kimś sprawia przyjemność, to jak tego kogoś nie ma, to i przyjemności nie ma. Co równa się z mniejszym lub większym poczuciem dyskomfortu.
    I czy nie jest tak, że zawsze jednak jest czas na „ból po stracie”? A zrozumienie i uświadomienie nie jest bezpośrednią przyczyną wygaśnięcia bólu ale idzie w parze ze zbawienną rolą czasu?

  7. Joanna pisze:

    Magda, mam wrażenie, że sama sobie odpowiadasz, ale nie akceptujesz tej odpowiedzi. Tak, lekarstwem na cierpienie jest nie uzależenianie zaspokojenia swoich potrzeb przez czynniki zewnętrzne. Jeśli jest się pełnym miłości w sobie, to kontkat z drugą osobą nie jest zaspakajaniem czegoś, a tworzeniem czegoś więcej. Ale jeśli tej osoby nie ma, to mamy w sobie wystarczająco dużo miłości i poczucia bezpieczeństwa, że nie cierpimy. Bo nie jesteśmy uzależnieni.
    Ale jeśli się uzależniamy (co jest dość powszechną ludzką przypadłością albo cechą, jak kto chce), to tak, czujemy ból po stracie i jest to ludzkie uczucie, i warto sobie na nie pozwolić. Tak, powinno być miejsce na ten ból, w takim wypadku.
    A z kolei moim zdaniem często zrozumienie i uświadomienie jest funkcją czasu, czyli wygaśnięcie bólu uważam jednak za związaną ze świadomością a nie upływem czasu jako takim. Czas sam w sobie nic nie robi, nie mówiąc o tym, że jest jakąś tam iluzją przypisaną naszej rzeczywistości. Czyli, to nie czas sam w sobie jest lekarstwem (jak sobie to wyobrażasz?), a to co się w tym czasie dzieje. Albo dzieje się proces zapominania, oddalania się emocjonalnego (tzw. czas leczy rany) albo przychodzi wgląd, zrozumienie i ból znika albo przynajmniej się redukuje. Tak to widzę.

  8. Magda pisze:

    Zastanawiam się, czy osiągnięcie takiego stanu jest w ogóle możliwe. Czy posiadanie wystarczająco dużo miłości i poczucia bezpieczeństwa w sobie nie wyklucza potrzeby bycia z kimś. Inaczej mówiąc, czy można postawić tezę: Ci, co żyją w związkach są zawsze w jakiś sposób od siebie uzależnieni, zaspokajają swoje potrzeby czerpiąc od tej drugiej osoby i potem cierpią jeśli ta osoba odchodzi.

  9. Asia pisze:

    Myślę, że jest możliwe. Wszystko jest możliwe :)
    A Twoja teza…myślę, że nie o to chodzi. To że się nie ma potrzeby, nie uzależnia się od kogoś, nie wyklucza bycia z kimś w bliskiej relacji, wręcz przeciwnie, moim zdaniem dopiero wtedy gdy nie jest to tylko zaspokajanie swoich potrzeb, robi się miejsce na prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem. Z akcentem na drugi człowiek, a nie moje uzależnienie od bycia z kimś, czy szukanie bezpieczeństwa w byciu z kimś.

  10. Ramzel pisze:

    Z całego tekstu największe wrażenie zrobił na mnie fragment komentarza:
    „Jeśli jest się pełnym miłości w sobie, to kontakt z drugą osobą nie jest zaspakajaniem czegoś, a tworzeniem czegoś więcej.”
    Myślę, że ‘Hymn o Miłości’ byłby tu najodpowiedniejszym dopowiedzeniem.

Wypowiedz się

Powiedz, co myślisz...
a jeśli chcesz wyświetlać swoje zdjęcie, użyj gravatara!

//13 mar 2007 ·